Przeżyłem wycieczkę na Bronx, poznałem typów we Flight Club, w którym urodziła się też kolejna ciekawa historia.

Oto kolejny dzień w Nowym Jorku – zagubiony w szkicach na blogu. Nie wiem jakim cudem, bo miał wjechać już dawno temu.

Jak obserwujesz mnie od kilku dni na Instagramie, to wiesz, że miałem misję. Nowy Jork, Manhattan przywitał mnie ciepło, ulewnie, ale to była dopiero rozgrzewka. Najpierw Brooklyn Bridge, musiałem postawić na nim nogę, musiałem przejść, musiałem stanąć w dzielnicy, w której urodził się Michael Jordan. To był mecz sezonu zasadniczego, potem był Bronx, gdzie jechałem … po kamień.

Całość tej historii można było zobaczyć w InstaStory, historii, do której pchnął mnie nieco Kuki. Chłopak miał marzenie, marzenie posiadania kamienia z Bronxu. Ten właśnie kamień przywieźć mu miały dwie inne osoby. Przywiozę go ja, bo na Bronx dotarłem. Nie powiem, miałem obawy.

Ten tekst powstaje po to, abyś wiedziała i wiedział o co chodziło, jak nie było Cię ze mną na Instagramie. Ale powstaje też dlatego, że do opowiedzenia jest historia, o której nie wiesz, bo nie wspominałem o niej na Insta. Historia mojego zaziomalowania się z ludźmi z Flight Club po tym.

Ale najpierw Bronx

Bałem się. No nie powiem, że nie miałem pampersa, gdy minąłem metrem Harlem, gdy dojeżdżałem do Washington Bridge, aby przejść na drugą stronę rzeki. Takie uczucie jest podobno normalne. Trwało jakieś 10 minut, potem już mi przeszło. Ale rozumiesz, wchodzisz w dzielnicę, w której jesteś mocno wyróżniającym się obiektem. Szukałem domu DJ Kool Herca, gościa, który uznawany jest za prekursora, w pewnym sensie także twórcę hip-hopu.

Pampers zszedł, bo Washington Bridge trząsł się tak, że już nie obawiałem się, że ktoś mnie okradnie, albo zmaczetuje, a tego, że spierdolę się z tym mostem prosto do Cieśniny Harlemskiej. Przeżyłem. Stoję na osiedlu, obok ziomki w klapkach, wszystko różni się od Manhattanu. Dookoła brązowe bloki, ktoś tam sobie idzie, widzi moje zagubienie. Pyta czy pomóc. Z chęcią korzystam, bo już od paru minut czuję się w miarę komfortowo.

Odpowiadam przemiłemu panu, że szukam chaty Herca, mówi – a choć, zaprowadzę cię. Zajebiście. Rozmawiamy po drodze, mówi, że coraz więcej turystów tu przychodzi, szczególnie po tym, jak Netflix wyemitował The Get Down. Co więcej w 2016 roku uhonorowano Herca, uhonorowano to, że 1520 Sedgwick Avenue to miejsce, gdzie w 1973 roku narodził się hip-hop. Burmistrz Nowego Jorku, Bill de Blasio ochrzcił cały blok jako Hip Hop Boulevard – przeczytałem w NY Daily News.

With the stroke of a pen, de Blasio christened the block “Hip Hop Boulevard” in honor of the Aug. 11, 1973, party where DJ Kool Herc invented hip hop at 1520 Sedgwick Avenue.

O zmianie mówił mi też pan, którego spotkałem. Przybiliśmy piątkę, podziękowałem ładnie, znalazłem kamień, zrobiłem zdjęcia. Ludzie wychodzący z 1520 Sedgwick Avenue wiedzieli czemu tam stoję i nie powiem, że nie było to przeżycie nieco emocjonalne. Kumasz, to po prostu zwykłe wejście do budynku, nie ma tam ołtarzyka, nie ma żadnej tabliczki upamiętniającej. Nic. Jest po prostu TO miejsce.

Przeskoczmy w tym momencie do dnia poprzedniego i Flight Club

Szybki tip. Jeśli lubisz buty, to masz dwie lokalizacje, które odwiedzisz musisz – Stadium Goods oraz Flight Club.

Ten pierwszy jest nowoczesny, ładny, jest w nim jasno i przyjemnie. Wybór jest olbrzymi, tak jak pisałem w innym wpisie. Ale … tak, jest ale. Znasz to uczucie, kiedy czujesz klimat? Fajnie jest ćwiczyć na nowej siłowni, nowoczesnym sprzęcie, nie ma co o tym dyskutować. Fajnie gra się w nowej hali sportowej, ale wiesz doskonale, że wchodząc do śmierdzącej potem salki, gdzie leżą ciężary, do starej sali sportowej, czujesz ducha, klimat, czujesz to, co spowodowało, że miejsce to, Twoje zainteresowania są skoncentrowane na danym elemencie. Tak jest we Flight Club, jest trochę bardziej szaro (brązowo) niż w Stadium Goods, nie jest to wnętrze nowoczesne, takie jak projektuje się obecnie, są tu stare pamiątki, spodenki Jordana, figurki z Dream Teamu i tym podobne.

A buty? Najwyższa półka, tak jak w Stadium Goods zresztą. Rozumiesz, Airbus A380-800 lądują zarówno na starym JFK jak i na nowoczesnym lotnisku w Dubaju.

I w jednym i drugim miejscu odbyły się scenki rodzajowe, których nie mogę pominąć. W Stadium Goods pojawiły się młode niewiasty z mamami, które szukały … butów. No bo czego innego? Widzisz, że to nie ta bajka, ale może mają jakieś marzenie, albo szukają dla chłopaka? Kto wie. Po pięciu minutach przechodzenia obok gablotek i ścianek z obuwiem, mówią do pana stojącego przy wejściu – chyba nie jesteśmy aż tak bardzo zajarane butami, żeby tu kupić.

Panie były przerażone ceną, ceną Mag za 12 tysięcy dolarów, Miro za 1400, niektórych Air Max za 600. Ze śmiechem i pytając o drogę do jakiegoś sklepu typu Lasocki, poszły dalej.

Ale prawdziwe cuda działy się we Flight Clubie. Gdybym mógł, to z całą pewnością rozstawiłbym tam sobie siedzonko, założył okulary 3D i żarł popcorn, którego nie jem. Bezczelnie zatrzymałem się, aby posłuchać rozmowy dwójki sprzedawców z odwiedzającymi sklep.

Gość, Azjata, chciał kupić mały sztosik, Air Jordan XIII He Got Game. No nie dziwię się, jest to but z poziomu gorącego od zawsze. We Flight Club były dwa w jego rozmiarze. OG z 1997 roku i to właśnie dlatego się tam zatrzymałem za 250 dolarów, oraz model z 2013 roku za 500 dolarów.

Przedstawię tę absurdalną scenę w postaci dialogu, bo tak będzie łatwiej. Czasem wesprę się też ironicznym komentarzem. Moim oczywiście.

– Chcesz w nich chodzić? – pytają panowie z Flight Club

– Tak

– To nie możesz kupić tych z 1997 roku, one się rozpadną po kilku krokach, nie przejdziesz nawet jednego bloku

– Ok, rozumiem. Ale są tańsze

– No tak, ale nie nadają się do chodzenia, możesz je sobie postawić na półce

W tym momencie gość z FC widzi, że słucham. No stoję pół metra od niego, więc na bank mnie zauważył. Widzi, że słucham tego absurdu i wyczaił, że w moich oczach kroi się niedowierzanie. Mówi do mnie – to trwa od 10 minut.

I zaczynamy od nowa.

– Chcę te – Azjata pokazuje OG

– Ale rozumiesz, że nie będziesz mógł w nich chodzić?

– No tak, ale ja chcę w nich chodzić.

– Ale one się rozpadną, podeszwa się rozsypie.

– Dlaczego?

– Bo są z 1997 roku, nikt w nich nie chodził od dawna i tak po prostu będzie.

– Rozumiem. Ale kosztują 250 dolarów.

Śmiałem się już na głos, gość z Flight Club mówi, że typ potrzebuje chyba tłumacza. Sam osobiście przegrzebałem zdjęcia w telefonie, gdzie mam rozsypane podeszwy w Air Jordan IX Low Pearl Navy, które są z 2002 roku. Pokazuję typowi, goście z Flight Club mówią, że z tymi trzynastkami będzie dokładnie to samo.

Następuje 10 sekund przerwy. Szukają się neurony. W sumie w tej makówce był chyba tylko jeden.

– Rozumiem, to biorę te – znowu OG 1997.

– Ok, ale nie będziesz w nich chodził?

– Będę, dlaczego nie?

– … bo się rozpadną

– To je oddam jak coś będzie nie tak, jak się zniszczą

Goście w śmiech i mówią – idź do kasy, tam jest Amy, ona Ci je sprzeda. Aha, nie ma zwrotów.

– Ok, super – mówi typ.

Kurtyna.

Odwiedź Flight Club, zbiłem pjonę, pogadałem z gościem, widziałem fajne rzeczy. Podobnie jak na Bronxie, podobnie jak na Brooklyn Bridge czy w Soho, na Manhattanie i podczas eventów Nike Basketball.

Related Articles

O autorze Zobacz wszystkie wpisy Autor

Szczepan Radzki

Szczepan Radzki

Twórca treści. Dziennikarz. Entuzjasta komunikacji społecznej, promotor #jkdn i sneakerhead. Biegacz i golfista amator. Zakochany w rekreacji. Siódme poty pisarskie wylewa też tutaj - http://bit.ly/1vSJEbk i na TT (@szczepanradzki), a fotki pokazuję tu insta -> @szczepanradzki

3 komentarzeDodaj komentarz

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *