Pokazuję wielkiego faka Supreme, nieco mniejszego skierowałem w stronę Bape. Mam kilka rzeczy jednej i drugiej firmy, podobała mi się kolaboracja Supreme z Blazer GTS, lubię ich piny i naklejki. Ale ogólnie i oficjalnie mówię pierdolcie się panowie z Supreme.

Za stary jestem na zabawkę w kotka i myszkę z marką, która gardzi ludźmi i w dupie głębokiej ich ma. Socjologicznie obserwuję obie sytuacje, interesują mnie one, jako zjawisko jest to naprawdę ciekawie. Ale dla mnie osobiście, jeśli chodzi o produkt, to szkoda mi na Was po prostu pieniędzy. Za to, jak chcecie robić nas w chuja.

Nie będę tego dłużej tolerował (choć ja akurat konsumentem Supreme nie jestem, więc nawet nie wiem co tu dokładnie tolerować), powiem więc głośno – pierdolcie się. Pierdolcie się nie m.in. za to, że trzeba stać pod sklepem, by do niego wejść. Kupuję ten schemat, jest całkiem spoko. Dzięki temu w środku nie ma tłoku. Ale Wy tego schematu nie wprowadziliście, aby w środku nie było tłoku. Wprowadziliście go po to, aby pokazać jak to ludzie do Was lgną i czekają, aby dostać się do sklepów z przeterminowaną bawełną, oklejoną modnymi logotypami. Do tego z niewspółmiernie wysoką ceną do tego co jest mi oferowane.

I wcale nie chodzi o to, że te wzory są słabe, czy coś. Po prostu dotykam produktu, który tworzycie i myślę sobie, że kogoś zdrowo pojebało. Dla mnie moda uliczna, streetwear to trochę definicja wygody, ale i dużej praktyki. Praktyka ta, to m.in. jakość pozwalająca mi na używanie produktu w nazwijmy to trudnych, miejskich warunkach. Taką jakość daje mi np. Carhartt, często Nike ze swoimi kolekcjami ACG czy Fleece. Supreme? Gówno mi daje – chyba, że mówimy o kolaboracji z North Face lub Timberland – z wyjątkiem wysokiej ceny. Odzież, którą kupuję, traktuję jako użytkową, nie jak pieprzoną choinkę, którą chcę na święta pokazać rodzinie. Chuj, że sztuczna, ale ładna, co?

Ale dobra, olać cenę, olać jakość. Przejdę do tego, co przeżywam wchodząc do Waszego sklepu. W Bape olałem to kompletnie, ale w Supreme nie. Żaden z Was pajace jebane nie powie dzień dobry. Żaden z Was nie powie dzięki, czy cokolwiek. Tak, ja wiem dlaczego. Bo ja mam się czuć jak śmieć, bo to ja Was potrzebuję, nie Wy mnie. Wiem o tym, to takie przełożenie z kultury skate. Niby, bo uważam to za duże nadużycie.

Opowiem, co wydarzyło się w Nowym Jorku. Kupuję pina, proszę o tego i tego, poprosiłem też o naklejkę – kompletnie zapomniałem, że oni dodają sticker, do każdego zakupu. Typ popatrzył na mnie jakbym co najmniej popełnił gafę stulecia. Rzucił pogardliwe 8,75. Płacę, mówię dziękuję. Nic, kolejne pogardliwe spojrzenie. To stoję i patrzę na gościa w ten sam sposób, w jaki on patrzy na mnie, grzecznie chowam sobie wszystko do plecaka, a ten nagle – czy chcę rachunek.

Odwróciłem się bez słowa. Otagowałem też barierki obok Supreme swoim logotypem. Te ich zachowania, to trochę w moim odczuciu przekroczenie pewnej granicy absurdu. To przestało być fajne, stało się wręcz śmieszne. Tak bardzo się panowie starają, żeby mieć wyjebane, że czujesz na plecach jak wyjebane wcale nie mają.

No i tak, można powiedzieć, że Supreme odniosło sukces, bo teraz o nich mówię. Super, gratuluję, cieszę się Waszym sukcesem, generalnie jest dla mnie też interesujący, bo mam do napisania fajny tekst, mam jakąś historyjkę do opowiedzenia. Czy mnie to rusza? Tak, rusza. Całe szczęście mam swoje życie i po całym 5 sekundach rozkoszuję się kawą w fajnej knajpce w Soho zapominając o tych naciągaczach bazujących na dzieciaczkach.

Podobnej akcji w Bape nie przeżyłem, tam mówią dzień dobry, do widzenia. Tu mam problem z ceną, poważny. Nie zapłacę za bluzę 2 tysiące złotych. Nie jest warta tych pieniędzy, nie jest warta 1/3 tego. Podobnie jest z Yeezy, Off-White czy Stone Island. Choć przy tych dwóch ostatnich jestem bardziej skłonny wyskoczyć z dolarów.

I serio, ja rozumiem o co chodzi. Chodzi o niedostępność, lekką nieosiągalność. Chodzi o to, że niedostępność jest w cenie, niedostępność jest fajna, bo fajnym jest ten, kto ma niedostępne. Tylko pomyśl, o jakiej niedostępności mówimy? Niedostępności cenowej, tylko i wyłącznie. Marki takie jak Supreme czy Bape, to odzież, którą możesz kupić w internecie. Raz się uda, raz nie. Ale nie musisz jechać do Londynu, czy Nowego Jorku, by je kupić. Kiedyś tak było, na tym polegała ich siła. Dziś? Dziś jestem wściekły, bo moja rozumna część mózgu podpowiada mi, że ktoś chce mnie naciągnąć na kasę, sprzedając mi słabej jakości koszulkę.

Nie ma się co oszukiwać, wokół tych marek zawsze będzie jakaś magia, jakiś fenomen, trochę kultu – to naprawdę jest warte obserwacji, czasem warte wejścia do środka i uczestniczenia w tym całym zjawisku. Czasem jednak warto też trochę się zastanowić, pomyśleć, wyjść nieco dalej i znaleźć dla siebie coś innego. Nawet pomimo tego, że naklejka Supreme na laptopie, czy foty na Insta i FB, z ich produktami wyglądają bardzo spoko.

Related Articles

O autorze Zobacz wszystkie wpisy Autor

Szczepan Radzki

Szczepan Radzki

Twórca treści. Dziennikarz. Entuzjasta komunikacji społecznej, promotor #jkdn i sneakerhead. Biegacz i golfista amator. Zakochany w rekreacji. Siódme poty pisarskie wylewa też tutaj – http://bit.ly/1vSJEbk i na TT (@szczepanradzki), a fotki pokazuję tu insta -> @szczepanradzki

5 komentarzyDodaj komentarz

  • No, nareszcie jakiś głos rozsądku!!!! Ja nie wiem jak można się podniecać zwykłą bluzą czy kurtką tylko dla tego, że ma napisane „supreme” i kosztuje 3 x tyle ile jest warte? Zawsze mi się wydawało, że tu chodzi o to żeby się wyróżnić, pokazać coś nowego czego nie ma nikt, a nie wjebać do internetu fote w ubranku którego nazwa wpisana w google wypluwa tyle fot, że trzeba cały dzień stracić żeby je wszystkie przewinąć!
    Zamiast tego wyszukujcie niskoseryjne marki streetwearowe polskie, czeskie, ruskie, niemieckie nawet. Połączcie to z fajnym butem i jedźcie na imprezy do Nowych Jorków, Londynów Bangkoków czy innych Czarnobylów, cykajcie foty, wrzucajcie do netu i niech leszcze w supreme zastanawiają się co to jest takiego zajebistego!

  • W stacjonarce w Londynie jest zupełnie inaczej, sprzedawcy w sklepie byli uprzejmi, sami zagadaywali, nawet nie w temacie samego kupna, a nawiązania jakiegoś tematu z klientem.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *